Short Story
Chojracki impuls
Autor: Michael Luo

Chojracki impuls

Autor: Michael Luo

Przewiń, aby rozpocząć

Chojracki impuls
Autor: Michael Luo

Sklep z bronią wyglądał ponuro, czyli dokładnie wpisywał się w gusta Samiry. Nad drzwiami wisiał przekrzywiony znak: Uzbrojenie Lani i Miel. Samira usłyszała o tej noxiańskiej dziurze od Kapitan Indari, która dowiedziała się o niej od jednego ze swoich dywersanckich kontaktów. Informacja z tego źródła i fakt, że tutejsi praktykanci dorabiali na boku jako tatuażyści, wystarczyły, by zaintrygować amakrankę. Weszła do środka, a Indari podążyła za nią.

Kapitan nie musiała jej towarzyszyć, choć Samira i tak nie mogła kazać przełożonej zostać.

Wewnątrz Samira poczuła zapach stopionego żelaza i narzędzi do piłowania, rzadko spotykanych w noxiańskich zbrojowniach. Żwawa kobieta z dwoma labretami spawała zauński mosiądz, podczas gdy jej partnerka, kobieta zbudowana niczym wół, czyściła hextechowy karabin. Wytatuowani praktykanci pomagali, gdziekolwiek tylko mogli.

— Ile pieniędzy masz zamiar dzisiaj zmarnować? — zapytała Indari, poprawiając obręcze przy swoim drewnianym wózku. Jej głos niósł w sobie siłę wielu dziesięcioleci spędzonych na służbie imperium. Lata temu jej dezaprobata byłaby niezwykle dotkliwa.

Teraz denerwowanie kapitan było tylko dodatkiem.

— Nie tyle, ile bym chciała. — Samira zauważyła dwa pistolety wystawione za szybą. Jeden był koloru węgla. Drugi wyglądał na wymuskany, srebrny rewolwer. Oba posiadały nieprzetestowane zauńskie usprawnienia.

— Te są tak przyjemne dla rąk, jak dla oczu? — zapytała Samira.

— Lepszych nie mamy! — odkrzyknęła spawaczka. — Razem z Miel zbudowałyśmy je z materiałów, które pochodzą z domu… mojego domu znaczy się. Kosztują fortunę.

Samira rzuciła woreczek z monetami na ladę. Indari skrzyżowała ręce. — To twoja cała wypłata za ostatnią misję!

Samira uśmiechnęła się. — Wykonanie zadania wymaga od kobiety najlepszego wyposażenia. Poza tym ostatnie pistolety, które miałam… nie były aż tak ekscytujące.

Indari potrząsnęła głową — Sam. To jest lekkomyślne, nawet jak na ciebie.

Samira rozpromieniała. — Postępuję tak, jak mnie nauczyłaś.




Podróż w głąb południowej dżungli trwała tygodnie, a ku rozczarowaniu Samiry ani jedna osoba nie próbowała jej zabić. Gdy stała w pobliżu dużego, kamiennego budynku, dwukrotnie sprawdziła miejsce, które kapitan zaznaczyła w jej dzienniku — obiekt w pobliżu Qualthali, gdzie podobno znajduje się zagrażająca imperium broń. Miała rozkazy, by odzyskać ten oręż, nie pozostawiając za sobą ocalałych.

Nieoznakowany budynek kłębił się przed nią, a jego drewniane drzwi były rozbite na kawałki.

— Hmm — zdziwiła się Samira.

Zrobiła krok naprzód i zatrzymała się. Podniosła prawy but i odczepiła kawałek wygiętego żelaza od metalowego zapięcia. — Dziwne — pomyślała, patrząc na jego nienaturalny kształt. Wtedy usłyszała pospieszne kroki.

Dwóch strażników z włóczniami w rękach stanęło naprzeciw niej.

— Kolejna intruzka! — krzyknął jeden z nich. — Nie pozwólcie jej uciec!

Taką imprezę powitalną to ja rozumiem — rzuciła pod nosem.

Samira wyciągnęła swoje pistolety. Podczas ślizgu w prawo wypuściła serię pocisków, rozstrzeliwując strażników, zanim ci zbliżyli się do niej na długość włóczni.

Samira zmarszyczyła brew. — To nawet nie było wyzwanie, co nie? — Ruszyła naprzód. Biegła głośno korytarzami kompleksu budynków, stąpając po metalowych odłamkach — myślała, że to najlepszy sposób na przyciągnięcie uwagi wszystkich wokół. Inżynierowie Wojny, powiadomieni o wtargnięciu, ruszyli w jej stronę.

Runda druga. Zabawmy się — powiedziała podekscytowana.

Kątem oka zauważyła przysunięty do ściany stół. Ruszyła do przodu i wskoczyła na niego. Wystrzeliła z blatu jak sprężyna i zanim jej stopy dotknęły ziemi, zakręciła się dziko, przeszywając ścigających ją żołnierzy ogniem pocisków.

Bez chwili odpoczynku wyskoczyła przez zniszczony balkon i wylądowała na otwartym dziedzińcu. W pobliżu znajdował się inny budynek, którego drzwi również zostały zniszczone.

Ktoś musiał dotrzeć do tej broni przede mną — pomyślała, uśmiechając się. — Dawno się to nie zdarzyło.

Tętno Samiry przyspieszyło. Na dźwięk najcichszego huku obracała się dookoła z pistoletami wycelowanymi przed siebie.

Dwie masywne postacie ruszyły w kierunku dziedzińca. Uśmiech pojawił się na twarzy Samiry.

— Bazyliszki. Szczęściara ze mnie.

Na grzbiecie każdego z nich siedział opancerzony żołnierz z toporem w ręce. Włosy na rękach Samiry zjeżyły się z radości.

Patrzcie no, jak na strzelnicy.

— Ona też przyszła tu po wymazańca? — zapytał jeden z żołnierzy.

— Bez znaczenia, już go zabrali. A ona nie przypomina poprzedniego intruza — powiedział drugi żołnierz i, odwracając się do Samiry, dodał: — Czym ty jesteś?

Samira uniosła brew. — Jestem ostatnią rzeczą, jaką zobaczysz.

— Ha! Ta to ma…

Pocisk przeszył jego głowę

— Cóż za szkoda — powiedziała Samira, sprawdzając swój rewolwer. — Zmarnowałam na niego ostatni nabój.

Truchło żołnierza upadło na ziemię. Jego bazyliszek zaryczał i ruszył z impetem w stronę Samiry, kłapiąc szczęką.

— No dawaj, bestyjko.

Najemniczka przykucnęła. Czuła przyspieszone bicie serca, ale nie poruszyła żadnym mięśniem.

Nie byłoby dreszczyku emocji, dopóki…

Bazyliszek nieubłaganie się zbliżał. Palce Samiry rwały się do pistoletów.

Nie nadejdzie idealna chwila.

Zamachnęła się i rzuciła pistoletami w oczy bazyliszka, który na chwilę stracił wzrok. Odwróciła się do niego plecami, wyskoczyła w powietrze i wykonała perfekcyjne salto do tyłu przed wylądowaniem w siodle bestii. Pociągając za napięte lejce, szarpnęła swoim bazyliszkiem, by stawić czoła drugiemu żołnierzowi.

Jej przeciwnik warknął: — Rell cię wysłała, żeby posprzątać ten bałagan?

— Nie, nie wiem, o kim mówisz. Przysłali mnie z Noxusu — odpowiedziała Samira, ciesząc się z pomyłki swojego wroga. — Czasami wysyłają mnie, żeby uratować tych silnych. A czasami — spojrzała prosto w oczy żołnierza, — żeby wykończyć tych słabych.

Zdenerwowany mężczyzna zmusił swojego bazyliszka do szarży.

Samira zwolniła ucisk i szepnęła: — Naprzód. Jej bazyliszek ruszył w stronę drugiego jeźdźca. Żołnierz nadciągał w kierunku najemniczki, wysoko trzymając topór wycelowany w jej szyję.

Aj, aj. Częsty błąd.

Samira wygięła się do tyłu, gdy bazyliszki się minęły, unikając tym samym cięcia przeciwnika. Szybko wyciągnęła swój miecz, zamachnęła się i uderzyła ostrzem w brzuch mężczyzny.

Żołnierz zaryczał: — Twój miecz nie ma szans z moją zbroją!

— Skarbie, nie obchodzą mnie szanse. Ja zabijam.

Samira napompowała lufę przymocowaną do tępej krawędzi swojego ostrza i pociągnęła za spust. Czarny proch eksplodował zza jej miecza, dzięki czemu sztych przebił pancerz żołnierza. Z podekscytowanym krzykiem rozdarła jego tułów przed zeskoczeniem ze swojego bazyliszka. Wylądowała na nogach, a z jej miecza nadal wydobywał się dym.

Oba bazyliszki, teraz bez jeźdźców, stały w bezruchu. Samira odcięła ich siodła. Gdy bestie uciekały ku wolności, kobieta kopnięciem odsunęła ciała na bok i podniosła swoje puste pistolety.

Po drugiej stronie dziedzińca, za rozwalonymi drzwiami budynku, w dół ciągnęły się zniszczone schody. Samira podążyła nimi do szczątków kamiennej celi więziennej. Wygięte kawałki żelaza walały się wszędzie. Zastała zniszczone drzwi wejściowe i rozdartą od środka tylną ścianę ze szczeliną, która prowadziła do dżungli.

— Co oni tu trzymali?

Samira spacerowała po celi, analizując zniszczenia. Metalowe odłamki rozerwały małe dziecięce łóżeczko. Wzruszając ramionami, usiadła, sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła flakonik. Oparła buty na gruzach, pochyliła się do tyłu i podniosła flakonik wysoko w powietrze.

— Gratulacje, broni! Czymkolwiek lub kimkolwiek jesteś — masz moją uwagę!




Kilka tygodni później Samira wróciła do sklepu z bronią. Sceptycznie nastawiona Indari usiadła w pobliżu, podczas gdy krzepki praktykant poprawiał tatuaże Samiry brązowymi igłami.

— Coś nowego dzisiaj? — zapytał.

— Nie. To nie było aż tak ekscytujące… Ale coś niebezpieczniejszego czai się na horyzoncie, więc zostaw trochę miejsca.

Indari przewróciła oczami. — No i? Jak się sprawiły?

— Wspaniale. Trochę się nimi jeszcze pobawię.

— Łał — powiedziała Indari, udając podziw. — Potężna Róża Pustyni… korzysta kilka razy z tych samych pistoletów.

— Życie jest pełne niespodzianek. — Samira przed wyjściem położyła kilka monet na ladzie. — Jestem gotowa na kolejne misje, pani kapitan — rzekła, salutując. — Wiesz, gdzie mnie znaleźć.

Indari ruszyła za nią na wózku. — Co masz na myśli, mówiąc, że wiem, gdzie cię znaleźć? Ostatnio skakałaś z jakichś klifów w Shurimie! Moi zwiadowcy prawie zginęli, gdy cię szukali!

Ale Samira zniknęła już z jej oczu.

Sfrustrowana Indari wróciła do sklepu. — Któregoś dnia — mamrotała pod nosem — sama będzie musiała o siebie zadbać.

Tatuażysta, teraz bez osłony z mrocznej magii, wyszedł z cienia, odsłaniając kobiecą sylwetkę z twarzą bladą od światła.

— Kapitan Indari. Musi pani jej dać wszystko, czego chce. Imperium potrzebuje Samiry.