Przewiń, aby rozpocząć
Nad polami niósł się złowieszczy odgłos zgrzytania metalowymi łańcuchami. Niezwykła mgła zasłoniła księżyc i gwiazdy, a zwyczajowy szum owadów był nieobecny.
Thresh zbliżył się do zniszczonego domostwa. Uniósł swoją latarnię, ale nie po to, aby przyjrzeć się otoczeniu, ale aby zajrzeć do środka. Wnętrze latarni przypominało rozgwieżdżone niebo, dzięki tysiącom zielonych, świecących kul. Zawrzały, jakby chciały uciec przed spojrzeniem Thresha. Jego usta wykrzywiły się w groteskowym uśmiechu, a zęby rozbłysły od poświaty. Każde światełko było dla niego cenne.
Za drzwiami rozpaczał mężczyzna. Thresha przyciągnął jego ból. Wiedział, że człowiek ten cierpi.
Thresh pojawił się u niego tylko raz, wiele lat temu, ale od tego czasu odebrał mu wszystkich bliskich: poczynając od ulubionego konia, przez matkę, brata, a kończąc na służącym, który stał się przyjacielem ofiary. Widmo nie chciało stwarzać pozorów, że zgony były naturalne. Pragnęło, aby mężczyzna wiedział, kto odpowiada za każdą stratę.
Duch przeszedł przez drzwi, zgrzytając ciągnionymi przez siebie łańcuchami. Ściany były wilgotne i brudne. Mężczyzna wyglądał koszmarnie: jego włosy były długie i zaniedbane, a skóra pokryta świeżymi strupami powstałymi w skutek drapania. Jego jedwabny strój, niegdyś wspaniały, był teraz podarty i postrzępiony.
Mężczyzna skurczył się, gdy zobaczył zielony blask i zasłonił oczy. Otrząsnął się i zaczął się coraz bardziej cofać w kąt.
„Proszę. Błagam, tylko nie ty” – wyszeptał.
„Dawno temu stałeś się moją własnością”. Głos Thresha załamał się, jakby nie był używany od wieków. „Pora na zbiory...”.
„Umieram” – powiedział mężczyzna. „Jeżeli chcesz mnie zabić, to lepiej się pospiesz”. Wysilił się, aby spojrzeć na Thresha.
Na twarzy widma zagościł szeroki uśmiech. „Nie pragnę twojej śmierci”.
Lekko uchylił drzwiczki latarni. Ze środka dobiegły dziwne dźwięki – brzmiały jak symfonia krzyków.
Mężczyzna na początku nie zareagował. Głosów było tyle, że zlały się w dźwięk przypominający zgrzytanie szklanych odłamków. Jego oczy rozszerzyły się w przerażeniu, gdy rozpoznał głosy błagające ze środka latarni. Usłyszał matkę, brata, przyjaciela, a na końcu głos, którego bał się najbardziej: swoich dzieci, które wyły, jakby palono je żywcem.
„Coś ty uczynił?” – krzyknął. Sięgnął po zniszczone krzesło i cisnął nim w Thresha z całej siły. Przeleciało przez niego, nie czyniąc mu krzywdy, co wywołało śmiech upiora.
Z furią w oczach mężczyzna rzucił się na widmo. Haki na łańcuchach śmignęły niczym węże. Trafiły mężczyznę w klatkę piersiową, łamiąc żebra i przebijając serce. Mężczyzna padł na kolana, a na jego twarzy zagościła agonia.
„Zostawiłem ich, aby byli bezpieczni” – powiedział mężczyzna. Z ust popłynęła krew.
Thresh mocno szarpnął łańcuchem. Przez chwilę mężczyzna się nie poruszył. Potem zaczęły się żniwa. Powoli i w okrutny sposób został wyrwany ze swego wnętrza. Jego ciało drgnęło gwałtownie, a krew trysnęła na ściany.
„Teraz zaczynamy” – powiedział Thresh. Wyciągnął schwytaną duszę, która pulsowała na końcu łańcucha, i uwięził ją w latarni. Puste ciało mężczyzny upadło na ziemię.
Thresh podążył za czarną mgłą z dala od domostwa, wysoko unosząc swoją latarnię. Dopiero po jego odejściu i zniknięciu mgły owady wznowiły swój nocny koncert, a gwiazdy ponownie zalśniły na niebie.